100 tys. miesięcznie dla lekarza. Ekspert ostrzega: "Im więcej pieniędzy, tym niższa jakość"
Polska ochrona zdrowia przypomina studnię bez dna: mimo że nakłady na system rosną w tempie geometrycznym, pacjenci wciąż miesiącami czekają na wizytę u specjalisty. O tym, dlaczego "dosypywanie" pieniędzy do systemu zamiast leczyć, tylko napędza płacową spiralę, w rozmowie dla portalu BiznesInfo.pl opowiedział Mateusz Michnik, ekspert Fundacji FOR.
- Zwiększanie nakładów na ochronę zdrowia bez jednoczesnego zwiększenia liczby personelu medycznego prowadzi wyłącznie do drastycznego wzrostu cen usług i wynagrodzeń
- Jedyną drogą do skrócenia kolejek jest agresywna deregulacja rynku medycznego oraz ułatwienie zatrudniania specjalistów z zagranicy
- Rządy wydają coraz większe sumy z budżetu, uzyskując w zamian tę samą lub nawet gorszą jakość opieki
Kiedy więcej pieniędzy oznacza drożej, a nie lepiej
W ekonomii rzadko spotyka się zjawiska tak destrukcyjne, a jednocześnie tak powszechnie ignorowane przez polityków, jak „choroba kosztów Baumola”. Opisuje ona sytuację, w której w sektorach opartych na pracy ludzkiej – takich jak medycyna czy edukacja – koszty rosną znacznie szybciej niż w reszcie gospodarki, mimo braku skokowego wzrostu wydajności. W medycynie nie da się „zautomatyzować” empatii ani skrócić czasu operacji tak łatwo, jak można przyspieszyć linię montażową w fabryce.
Gdy rząd pod naciskiem społecznym decyduje się „dofinansować” ochronę zdrowia, zazwyczaj robi to poprzez dotowanie popytu – czyli wrzucanie kolejnych miliardów do wspólnego worka NFZ. Jednak na zamkniętym rynku, gdzie liczba lekarzy jest ściśle reglamentowana, efekt jest odwrotny do zamierzonego. Zamiast większej liczby operacji, otrzymujemy wyższe ceny tych samych zabiegów. To klasyczny mechanizm inflacyjny: zbyt duża ilość pieniądza goni zbyt małą ilość usług.
– Rządy powinny się skupić na zwiększaniu podaży, a nie dotowaniu popytu. To jest dość duży problem na całym świecie – diagnozuje Mateusz Michnik w wywiadzie dla BiznesInfo.pl.
Dopóki na rynku nie pojawi się fizycznie więcej lekarzy, każda dodatkowa złotówka z naszych składek zostanie „skonsumowana” przez wzrost kosztów funkcjonowania systemu, nie skracając kolejki do kardiologa ani o jeden dzień.
Kontrakty na 100 tysięcy złotych
W ostatnich miesiącach opinię publiczną regularnie elektryzują doniesienia o rekordowych zarobkach medyków. Kwoty rzędu 50, 80 czy nawet 100 tysięcy złotych miesięcznie na kontraktach przestały być domeną wybitnych profesorów w prywatnych klinikach – coraz częściej stają się normą w szpitalach powiatowych, które desperacko walczą o obsadę dyżurów. To jaskrawy przykład patologii wynikającej z administracyjnie wytworzonego niedoboru.
Szpitale, nie mając wyjścia, licytują się o nielicznych dostępnych specjalistów, co prowadzi do drenażu budżetów placówek. Pieniądze, które mogłyby zostać przeznaczone na nowoczesną aparaturę, remonty oddziałów czy innowacyjne terapie lekowe, w całości płyną na pokrycie kosztów pracy. Mamy więc do czynienia z „rynkiem pracownika” w wersji ekstremalnej, gdzie publiczny płatnik staje się zakładnikiem wąskiej grupy zawodowej.
– W zeszłym roku praktycznie w każdym miesiącu słyszeliśmy, że o, tutaj lekarze zarabiają po 100 000 złotych – zauważa Mateusz Michnik.
Ekspert podkreśla, że problemem nie jest fakt, iż lekarze zarabiają dużo, ale to, że te zarobki wynikają z braku konkurencji i sztucznie ograniczanej podaży usług medycznych. W takim układzie pacjent jest ostatnim ogniwem, które mogłoby odnieść korzyść z dodatkowych środków w systemie.
Selektywna imigracja i koniec medycznego protekcjonizmu
Jeśli kluczem do naprawy ochrony zdrowia jest zwiększenie podaży, musimy zapytać: dlaczego lekarzy jest wciąż za mało? Polska przez dekady borykała się z limitami przyjęć na studia medyczne oraz skomplikowaną ścieżką specjalizacji, którą wielu nazywa „wąskim gardłem” systemu. Choć w ostatnich latach liczba miejsc na uczelniach wzrosła, efekty tych zmian odczujemy dopiero za dekadę. Pacjenci potrzebują pomocy teraz.
Jednym z najbardziej kontrowersyjnych, ale – według ekonomistów – niezbędnych kroków jest otwarcie polskiego rynku dla wykwalifikowanych medyków spoza Unii Europejskiej. Obecne procedury nostryfikacji dyplomów i uzyskiwania prawa do wykonywania zawodu są wciąż zbyt ociężałe. Polska powinna agresywnie walczyć o talenty medyczne ze Wschodu, oferując im uproszczoną ścieżkę kariery w zamian za pracę w najbardziej deficytowych regionach i specjalizacjach.
– Rozwiązaniem, które może nam pomóc, jest selektywna imigracja i zatrudnianie obcokrajowców w tych deficytowych obszarach – sugeruje Mateusz Michnik na łamach BiznesInfo.pl.
Selektywna polityka migracyjna, celowana w konkretne zawody, to standard w krajach takich jak Australia, Kanada czy Niemcy. Bez przełamania medycznego protekcjonizmu i wpuszczenia na rynek nowej krwi, polski podatnik będzie skazany na finansowanie coraz droższego i coraz mniej wydolnego systemu.
Wzrost liczby lekarzy na 1000 mieszkańców to jedyny realny wskaźnik, który może przynieść ulgę pacjentom. Dopóki politycy będą woleli „kupować święty spokój” poprzez podnoszenie stawek za procedury medyczne bez zwiększania ich dostępności, ochrona zdrowia pozostanie najdroższą i najmniej efektywną maszyną w państwie.
Źródło: BiznesInfo