Zainwestowała w pompę ciepła. Gdy spojrzała na rachunek za styczeń, zaniemówiła
Ekstremalne mrozy stały się ostatecznym testem dla polskiej transformacji energetycznej, a w szczególności dla technologii, która w ostatnich latach była promowana jako remedium na całe zło – pomp ciepła. Dla wielu inwestorów, którzy zaufali zapewnieniom o tanim i ekologicznym ogrzewaniu, styczeń zakończył się finansowym szokiem. Historia 58-letniej czytelniczki "Faktu" to przestroga i dowód na to, że fizyki nie da się oszukać marketingiem. Aż trudno uwierzyć, jaki rachunek przyszło jej zapłacić.
- Czym ogrzewają się Polacy w 2026 roku? Krajobraz po bitwie o węgiel
- Rachunki grozy za ogrzewanie
- 58-latka spojrzała na fakturę i zbladła. Ogrzewa dom pompą ciepła
Czym ogrzewają się Polacy w 2026 roku? Krajobraz po bitwie o węgiel
Ostatnie lata w polskim budownictwie to czas rewolucji. Odchodzenie od paliw kopalnych, wymuszone zarówno polityką klimatyczną Unii Europejskiej, jak i rosnącą świadomością ekologiczną (oraz cenami węgla), zmieniło strukturę ogrzewania naszych domów. Choć w starszym budownictwie wciąż króluje "czarne złoto" i kotły na ekogroszek, to w nowych domach oraz tych poddanych termomodernizacji, Polacy masowo zwracali się ku nowszym technologiom.
- Gaz ziemny: Przez lata był numerem jeden. Wygodny, bezobsługowy. Jednak wahania cen na rynkach światowych sprawiły, że wielu inwestorów zaczęło patrzeć na niego nieufnie.
- Pellet: Rozwiązanie pośrednie, ekologiczne, ale wymagające miejsca na składowanie opału i pewnej obsługi kotła.
- Pompy ciepła: To one stały się absolutnym hitem ostatnich sezonów. Dzięki programom dotacyjnym, takim jak "Czyste Powietrze" czy "Moje Ciepło", tysiące Polaków zdecydowało się na wyrzucenie kopciuchów i montaż tych urządzeń.
Pompa ciepła miała być inwestycją idealną – urządzeniem niemal bezobsługowym, tanim w eksploatacji (zwłaszcza w połączeniu z fotowoltaiką) i czystym. Sprzedawcy obiecywali rachunki rzędu kilkuset złotych rocznie. Nikt jednak nie dodał gwiazdki z napisem: "nie dotyczy ekstremalnych mrozów".

Rachunki grozy za ogrzewanie
Styczniowe mrozy sprawiły, że zapotrzebowanie na energię w polskich domach wystrzeliło w kosmos. Niezależnie od źródła ciepła, każdy musiał grzać mocniej, by utrzymać komfortowe 21-22 stopnie w salonie.
Czy Polacy płacą dużo? Niestety tak. Ceny energii elektrycznej i gazu, mimo pewnych mechanizmów osłonowych (np. bon energetyczny), pozostają na wysokim poziomie. Problem pomp ciepła polega na tym, że są to urządzenia zasilane prądem, których sprawność zależy od temperatury na zewnątrz.
Jak to działa? W normalnych warunkach (np. -5 st. C) pompa działa efektywnie, pobierając 1 kWh prądu, by oddać 3-4 kWh ciepła (współczynnik COP). Jednak gdy temperatura spada poniżej -20 st. C, sprawność powietrznych pomp ciepła drastycznie maleje. Urządzenie, by dogrzać dom, musi posiłkować się wbudowanymi grzałkami elektrycznymi. Wtedy przestaje być oszczędną maszyną, a staje się gigantycznym, prądożernym bojlerem. Licznik energii zaczyna kręcić się jak szalony, a limity "taniego prądu" (zamrożonych cen) wyczerpują się w błyskawicznym tempie.
Dla niektórych gospodarstw domowych ostatnia zima była sprawdzianem, który pokazał, jak bardzo realne mogą być obawy o wysokość rachunków. Jednym z takich przykładów jest historia pani Ireny.

58-latka spojrzała na fakturę i zbladła. Ogrzewa dom pompą ciepła
Przykłady z ostatnich miesięcy pokazują, że przy domu ogrzewanym pompą ciepła, pełnym urządzeń elektrycznych i zwiększonej liczbie domowników, zużycie energii gwałtownie rośnie. Jednocześnie mroźne dni powodują, że ogrzewanie pracuje na pełnych obrotach, a rachunki mogą zaskoczyć każdego, kto nie przewidział takiego scenariusza.
Skala zmian najlepiej widoczna jest nie w tabelach, lecz w realnych rachunkach, z którymi mierzą się gospodarstwa domowe. Przykładem jest historia pani Ireny, która ogrzewa swój dom pompą ciepła i rozlicza się w taryfie jednostrefowej.
Jak przyznaje w rozmowie z „Faktem”, w jej domu na co dzień działa wiele energochłonnych urządzeń.
— Dużo gotuję, więc sporo energii zużywa płyta indukcyjna. Do tego czajnik elektryczny, pralka, suszarka oraz duży telewizor — mówi pani Irena.
Styczeń okazał się dla niej wyjątkowo wymagający. Poza silnymi mrozami w domu gościły dzieci z rodzinami i wnukami, a sprzęty AGD pracowały niemal bez przerwy:
— Pralka, suszarka, telewizor. Wszystko chodziło bez przerwy — relacjonuje rozmówczyni „Faktu”.
Sytuację dodatkowo skomplikowało zalanie łazienki w Sylwestra i konieczność uruchomienia osuszaczy powietrza, co jeszcze bardziej zwiększyło zużycie energii elektrycznej. Nic więc dziwnego, że obawy przed rachunkiem były ogromne.
— Koleżanki z pracy i rodzina grzmieli, że kwota zwali z nóg. Dzieci też się martwiły — przyznaje.
Faktura z PGE trafiła do skrzynki 5 lutego. Pani Irena rozlicza się co miesiąc w taryfie G11, gdzie cena za kilowatogodzinę jest taka sama przez całą dobę. Rachunek za styczeń wyniósł 1262,60 zł.
— Myślałam, że to będzie minimum 2,5 tysiąca. Byłam przygotowana na najgorsze, a tu takie pozytywne zaskoczenie — podkreśla w rozmowie z „Faktem”, dodając, że wcześniejsze rachunki w domu ogrzewanym centralnie były znacznie wyższe.
Historia pani Ireny pokazuje, że nowoczesne rozwiązania w domu — takie jak pompa ciepła i pełna elektryfikacja codziennych czynności — mogą budzić obawy, zwłaszcza w czasie srogiej zimy i przy zwiększonym zużyciu energii. Jednocześnie ten przykład jasno pokazuje, że rzeczywiste rachunki nie zawsze potwierdzają najczarniejsze scenariusze, nawet gdy warunki są wyjątkowo trudne.
W szerszym ujęciu to sygnał, że bezpieczeństwo energetyczne i finansowe coraz częściej zależy od świadomego zarządzania domem, monitorowania zużycia i przygotowania się na nieprzewidziane sytuacje — od awarii po nagłe skoki kosztów. Praktyka, a nie same prognozy, pozwala realnie ocenić ryzyko i uniknąć paniki, gdy przychodzi faktura. To właśnie takie konkretne historie najlepiej pokazują, jak teoria przekłada się na codzienne życie.