Sikorski złożył Nawrockiemu "uczciwą ofertę". Dziesiątki wniosków na biurku prezydenta
Szef MSZ Radosław Sikorski, ewidentnie zmęczony trwającym od miesięcy impasem w obsadzie kluczowych placówek dyplomatycznych, postanowił wyjść z inicjatywą. W najnowszym wywiadzie na łamach “Gazety Wyborczej” minister spraw zagranicznych rzuca na stół konkretną ofertę, którą określa mianem "uczciwej". Czy prezydent Karol Nawrocki przyjmie te warunki, czy też czeka nas dalszy paraliż polskiej dyplomacji?
- Sikorski punktuje Nawrockiego. "Nieodpowiedzialna zabawa z ogniem"
- Paraliż w dyplomacji. Prezydent stawia blokadę
- Sikorski kładzie karty na stół. Propozycja "80 do 20"
Sikorski punktuje Nawrockiego. "Nieodpowiedzialna zabawa z ogniem"
Relacje między Radosławem Sikorskim a Karolem Nawrockim od momentu objęcia przez tego drugiego urzędu prezydenta są, delikatnie mówiąc, chłodne. To klasyczny przykład trudnej kohabitacji, w której wizje polityki zagranicznej dwóch ośrodków władzy drastycznie się różnią. Szef MSZ w rozmowach z mediami nie gryzie się w język, punktując błędy i zachowania głowy państwa, które jego zdaniem szkodzą polskiej racji stanu.
Główną osią konfliktu ideologicznego jest stosunek do Unii Europejskiej. Sikorski zarzucił Karolowi Nawrockiemu skrajną nieodpowiedzialność w kontekście narracji o Wspólnocie. W opinii szefa dyplomacji, prezydent flirtuje z retoryką antyunijną, co w obecnej sytuacji geopolitycznej jest igraniem z ogniem.
W wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" Sikorski nawiązał do niedawnych wypowiedzi prezydenta, sugerując, że "puszczanie oka" do środowisk domagających się Polexitu lub kwestionujących naszą obecność w strukturach zachodnich, osłabia pozycję negocjacyjną Warszawy w Brukseli. Minister podkreśla, że polityka zagraniczna wymaga spójności, a sygnały płynące z Pałacu Prezydenckiego wprowadzają chaos i niepewność wśród naszych sojuszników. To jednak tylko wierzchołek góry lodowej, bo prawdziwa bitwa toczy się o kadry.

Paraliż w dyplomacji. Prezydent stawia blokadę
Spór kompetencyjny o to, kto ma decydujący głos w sprawie powoływania ambasadorów, trwa w najlepsze. Zgodnie z konstytucją, prezydent mianuje i odwołuje pełnomocnych przedstawicieli RP w innych państwach, ale robi to na wniosek ministra spraw zagranicznych, zaakceptowany przez premiera. Teoretycznie wymaga to współpracy. W praktyce – doprowadziło do klinczu.
Radosław Sikorski wprost oskarża prezydenta o celowe blokowanie procedur. Szef MSZ żali się, że na biurku Karola Nawrockiego zalegają stosy dokumentów, których prezydent nie chce podpisać. W wywiadzie zaznaczył, że prezydent nie podpisał ani jednego z kilkudziesięciu wniosków dotyczących formalnego odwołania ambasadorów, którzy faktycznie już dawno opuścili placówki i zostali wezwani do kraju przez MSZ. Jednocześnie na podpis czeka ponad 40 wniosków o powołanie nowych szefów placówek.
Skutek? Polskie ambasady w wielu kluczowych stolicach są zarządzane przez chargé d’affaires, czyli dyplomatów niższej rangi. Sikorski alarmuje, że "odziedziczył większość ambasadorów spoza służby", a obecny poziom wakatów wynoszący ok. 20 proc. jest "niedopuszczalny" i zagraża bezpieczeństwu państwa oraz efektywności dyplomacji.
Sikorski kładzie karty na stół. Propozycja "80 do 20"
Wobec patowej sytuacji, Radosław Sikorski zdecydował się na krok do przodu. Zamiast eskalować konflikt, przedstawił publicznie kompromisową propozycję podziału wpływów w dyplomacji.
Minister spraw zagranicznych zaproponował prezydentowi Nawrockiemu jasny parytet, który ma przywrócić profesjonalizm w MSZ, a jednocześnie zachować wpływ głowy państwa na obsadę niektórych placówek. Na czym polega oferta Sikorskiego? Szef MSZ proponuje model, w którym zdecydowana większość ambasadorów to zawodowi dyplomaci, a polityczne nominacje są ściśle limitowane.
Złożyłem więc panu prezydentowi uczciwą ofertę: na placówkach byłoby 80 procent zawodowców. Zaproponowałem też, by te 20 procent niezawodowców podzielić po połowie, 10 procent rząd, 10 prezydent. – wyjaśnił Sikorski w rozmowie z "Wyborczą".

Oznacza to, że większość ambasad (80 proc.) objęliby urzędnicy służby zagranicznej, apolityczni fachowcy po Akademii Dyplomatycznej, którzy przeszli szczeble kariery w resorcie. Pozostałe 20 proc. to tzw. nominacje polityczne, czyli osoby spoza korpusu, np. byli politycy, eksperci. Z tej puli politycznej, prezydent mógłby wskazać połowę kandydatów (czyli 10 proc. wszystkich ambasadorów), a rząd drugą połowę. Karol Nawrocki jak dotąd nie ustosunkował się do tej propozycji.