Stanowski przyłapany w klubie go-go. Jak takie miejsca zarabiają na mężczyznach? Nie tylko tańce
Zdjęcie Krzysztofa Stanowskiego w klubie ze striptizem wywołało burzliwą debatę o granicach obyczajowości i hipokryzji elit. Jednak medialny szum przysłania znacznie ważniejszy temat: w Polsce działa dziś wielomiliardowy sektor rozrywki erotycznej, który skutecznie monetyzuje społeczne zmiany, kryzys relacji i narastającą samotność mężczyzn. To już nie margines — to dojrzały ekosystem biznesowy.
- Jak działa rynek klubów go-go i skąd biorą się miliardy?
- Dla tych, którzy widzą w tym „rozrywkę”, ale nie widzą mechanizmu?
- Nie w tańcu, lecz w alkoholu, iluzji bliskości i presji sprzedażowej?
Miliardy ukryte w kodach PKD. Cichy sektor gospodarki
Rynek klubów go-go w Polsce funkcjonuje w szarej strefie statystycznej. Lokale rejestrowane są jako bary, kluby nocne lub działalność rozrywkowa, co skutecznie utrudnia precyzyjne oszacowanie skali biznesu. Branżowe szacunki wskazują jednak na wartość od 3 do 4 mld zł rocznie. To nie jest nisza, lecz realny segment gospodarki, skoncentrowany w największych miastach: Warszawie, Krakowie, Trójmieście i Wrocławiu.
Kluczowym źródłem przychodów nie są występy, lecz sprzedaż alkoholu po bardzo wysokich marżach. Klient nie kupuje produktu — kupuje atmosferę, brak ograniczeń i poczucie wyjątkowości, które uzasadnia rachunek liczony w setkach złotych.
Od „parasolek” do prowizji. Ewolucja modelu zarabiania
Jeszcze kilka lat temu symbolem branży były promotorki naganiające klientów na starówkach. Ten model, kojarzony z agresywną sprzedażą, został ograniczony po działaniach służb i likwidacji największych sieci. Rynek jednak nie zniknął — zmienił narzędzia.
Dziś ciężar sprzedaży przeniósł się do wnętrza lokali. Tancerki i hostessy pracują głównie na prowizjach od alkoholu i „pakietów VIP”. Podstawa bywa niska, ale napiwki i sprzedaż mogą windować zarobki do kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie. To system, w którym presja finansowa jest stała, a relacja z klientem podporządkowana jednemu celowi: maksymalizacji rachunku.
Epidemia samotności. Dlaczego ten biznes wciąż działa
Fundamentem tego rynku nie jest erotyka, lecz deficyt relacji. Coraz więcej mężczyzn w dużych miastach deklaruje chroniczne poczucie samotności, mimo pracy, pieniędzy i formalnych związków. Kluby sprzedają tzw. girlfriend experience — iluzję rozmowy, zainteresowania i emocjonalnej obecności. To towar szczególnie atrakcyjny w świecie, w którym relacje są powierzchowne, a tempo życia nie zostawia przestrzeni na bliskość.
Klient płaci nie za taniec, lecz za chwilowe poczucie bycia zauważonym. W tym sensie kluby go-go są odpowiedzią rynku na problem, którego nie rozwiązują ani państwo, ani kultura.
Cyfrowa konkurencja i pytanie o przyszłość
Choć obroty są wysokie, branża zaczyna odczuwać presję. Młodsze pokolenia coraz częściej wybierają cyfrowe substytuty bliskości: pornografię online, platformy subskrypcyjne i relacje paraspołeczne. To tańsze, łatwiejsze i pozbawione społecznego ryzyka.
W odpowiedzi część lokali szuka nowych modeli — od eventów hybrydowych po współpracę z twórczyniami internetowymi. Jedno pozostaje niezmienne: przy spadającej dzietności, rosnącym indywidualizmie i kryzysie więzi popyt na „płatną bliskość” nie zniknie. Będzie jedynie zmieniał formę.
Źródło: Biznes Info