Prawnik ostrzega: ZUS ruszył na łowy. Te umowy są teraz pod lupą
Przez lata umowa B2B była synonimem wolności, wyższych zarobków „na rękę” i prestiżu bycia własnym szefem. Jednak w 2026 roku rzeczywistość brutalnie weryfikuje te marzenia, a to, co miało być optymalizacją podatkową, dla wielu staje się sennym koszmarem z urzędem skarbowym i ZUS-em w rolach głównych. Wystarczy jeden niefortunny zapis lub specyficzny tryb pracy, by wieloletnie oszczędności wyparowały w wyniku jednej decyzji administracyjnej.
Na ten temat rozmawialiśmy z ekspertem, Mecenasem Mateusz Ostrowskim.
- Organy kontrolne nie potrzebują już donosu, by wiedzieć o Tobie wszystko, wystarczy analiza Twoich comiesięcznych faktur
- Popularne "płatne przerwy" i urlopy na B2B stają się koronnym dowodem na to, że Twoja działalność to fikcja
- W przeciwieństwie do etatu, na B2B za błąd odpowiadasz nie do wysokości trzech pensji, ale całym majątkiem, w tym własnym domem
Koniec anonimowości. Jak typują Cię do kontroli?
Wielu przedsiębiorców wciąż żyje w przekonaniu, że w gąszczu tysięcy firm są niewidoczni. To błąd, który może kosztować fortunę. Systemy analityczne fiskusa stały się przerażająco skuteczne w wyłapywaniu osób, które tylko udają niezależność gospodarczą. Jeśli co miesiąc, o tej samej porze, wystawiasz fakturę na tę samą kwotę jednemu podmiotowi, system już dawno oznaczył Twoją kartotekę kolorem czerwonym.
Nie chodzi tylko o to, komu wystawiasz rachunki, ale jak wyglądała Twoja przeszłość zawodowa. Przejście z etatu na B2B u tego samego pracodawcy to dla urzędników zaproszenie do kontroli.
- Widzą, kto wystawia faktury tylko jednemu podmiotowi, na podobne kwoty, miesiąc w miesiąc, przez wiele lat. Widzą też historię zatrudnienia, czyli czy ktoś był wcześniej pracownikiem tej samej firmy, a potem przeszedł na B2B – ostrzega Mecenas Mateusz Ostrowski.
Sytuacja staje się krytyczna, gdy do "stałej faktury" dołożymy brak samodzielności. Jeśli Twój kontrahent mówi Ci, o której masz włączyć komputer i komu raportować każde 15 minut pracy, przestajesz być partnerem biznesowym, a stajesz się "pracownikiem w przebraniu".
- Jeżeli ktoś ma jednego kontrahenta, stałe „wynagrodzenie”, stałe godziny pracy i wykonuje polecenia jak pracownik, to z punktu widzenia organów wygląda to jak etat tylko nazwany inaczej. Takie osoby nie są łapane losowo, tylko właśnie przez analizę danych – wyjaśnia ekspert.

Benefity stają się dowodem winy
W walce o talenty firmy prześcigają się w oferowaniu samozatrudnionym przywilejów znanych z Kodeksu pracy: płatnych dni wolnych, służbowych laptopów czy pakietów medycznych. To, co dla programisty czy grafika jest miłym dodatkiem, dla inspektora ZUS jest alarmem. W świecie biznesu nikt nie płaci za to, że podwykonawca nie świadczy usług – chyba że relacja ta jest w rzeczywistości ukrytym stosunkiem pracy.
Szczególnie niebezpieczne są sformalizowane zapisy o płatnych przerwach, które do złudzenia przypominają urlop wypoczynkowy. To właśnie ten element najczęściej przesądza o przegranej przed sądem.
- Płatna przerwa wygląda w oczach organów jak urlop, czyli klasyczne uprawnienie pracownicze. Jeżeli przerwa jest z góry zagwarantowana, płatna i niezależna od tego, czy ktoś faktycznie świadczy usługi, to znaczy, że nie ponosi on ryzyka gospodarczego – dodaje Mateusz Ostrowski.
Również korzystanie z narzędzi klienta – telefonu, laptopa czy biurka w siedzibie firmy – choć wydaje się wygodne, buduje obraz podporządkowania. Jeśli nie masz własnych narzędzi pracy i działasz pod pełnym nadzorem, Twoja "niezależność" jest tylko teoretyczna.
- Jeżeli ktoś pracuje na sprzęcie firmy, w siedzibie firmy, w godzinach firmy i według poleceń firmy, to całość zaczyna wyglądać jak klasyczny stosunek pracy. Bezpieczniej jest, gdy przedsiębiorca korzysta z własnych narzędzi – ostrzega prawnik.
Kary, błędy i odpowiedzialność własnym majątkiem
Najmroczniejszą stroną B2B, o której rzadko wspomina się podczas negocjowania stawki, jest nieograniczona odpowiedzialność. Pracownik na etacie może spać spokojnie – nawet jeśli popełni kosztowny błąd, prawo chroni go przed całkowitą ruiną finansową. Przedsiębiorca na B2B takiej ochrony nie ma. Firmy coraz częściej wykorzystują ten fakt, przerzucając całe ryzyko biznesowe na podwykonawców.
Obecnie obserwujemy niepokojący trend: firmy nie wahają się pozywać swoich "partnerów" B2B za opóźnienia, wycieki danych czy błędy w kodzie. Kwoty roszczeń potrafią przyprawić o zawrót głowy.
- W relacji B2B odpowiadasz jak przedsiębiorca, często całym swoim majątkiem. Firmy coraz częściej egzekwują zapisy umów, żądają kar za opóźnienia, pozywają za błędy w projektach, za wycieki danych albo za niedotrzymanie parametrów usługi – wyjaśnia mecenas.
Problemem są też kary umowne. Choć nie mogą być one zupełnie absurdalne, to ich limity w kontraktach B2B praktycznie nie istnieją. Podpisując dokument, w którym zgadzasz się na gigantyczne sankcje za błahe uchybienia, ryzykujesz utratę dorobku całego życia.
- Nie ma ustawowego limitu kwotowego, więc w umowie można wpisać bardzo wysoką karę. Nie jest więc tak, że każda kwota wpisana w kontrakt automatycznie zrujnuje wykonawcę, choć ryzyko finansowe przy B2B jest realnie dużo większe niż przy etacie – ostrzega Mateusz Ostrowski.
Ostatecznie, największym zagrożeniem jest moment, w którym ZUS uzna Twoją umowę za etat wstecznie. Oznacza to konieczność zapłaty zaległych składek wraz z odsetkami za lata pracy – kwoty te często idą w setki tysięcy złotych. B2B to nie tylko wyższa stawka, to przede wszystkim gra o wysoką stawkę, w której stawką jest Twoje bezpieczeństwo finansowe.
Źródło: BiznesInfo