Rusza fala likwidacji. Te przedszkola mają zostać zamknięte, rodzice piszą do prezydenta
Polska oświata staje przed bezprecedensowym wyzwaniem - przedszkola, które jeszcze niedawno borykały się z problemem braku miejsc i koniecznością prowadzenia list rezerwowych, dziś walczą o przetrwanie, próbując zapełnić choćby pojedyncze oddziały. Problem zatacza coraz szersze kręgi, a drastyczny spadek liczby urodzeń sprawia, że samorządy zmuszone są do bolesnych cięć w sieci placówek przedszkolnych, co budzi ogromny opór rodziców.
- Statystyka nie kłamie, dzieci rodzi się coraz mniej
- W jednej dzielnicy Warszawy zlikwidują aż cztery placówki
- Rodzice idą na wojnę o przyszłość najmłodszych. Kierują pisma do prezydenta
Statystyka nie kłamie, dzieci rodzi się coraz mniej
Problem pustych sal w placówkach oświatowych nie jest jedynie przejściową trudnością, ale efektem długofalowego trendu demograficznego, który z roku na rok przybiera na sile. Polska znajduje się obecnie w ogonie Europy pod względem dzietności, ustępując niechlubnego miejsca jedynie Litwie i Łotwie. Od kilku lat w Polsce przyrost naturalny jest ujemny - obecnie wynosi -0,8 promila, czyli więcej osób umiera niż się rodzi. Pogłębiająca się zapaść demograficzna krajów bałtyckich jest niemożliwa do zignorowania i oznacza, że system edukacji, projektowany przed laty dla znacznie liczniejszych roczników, staje się obecnie niewydolny finansowo i organizacyjnie.
Decyzje o likwidacji zapadają w atmosferze gęstej od emocji, choć radni i włodarze miast wskazują, że są do nich zmuszani przez bezwzględną matematykę. Przykładowo w Gnieźnie u schyłku 2025 roku zapadły wyroki na placówki zlokalizowane przy ul. Chudoby oraz na osiedlu Piastowskim. Podobne nastroje panują w Koninie, gdzie rekomendacje do wygaszenia działalności otrzymały m.in. Przedszkole nr 13 w Gosławicach oraz wybrane placówki z dużych osiedli mieszkaniowych, takich jak Zatorze czy Piąte Osiedle.

Samorządowcy podkreślają, że utrzymywanie budynków, w których grupy przedszkolne liczą po kilka osób, jest niemożliwe w obliczu rosnących kosztów energii i wynagrodzeń personelu. Proces ten dotyka nie tylko placówek publicznych, ale rykoszetem uderza również w sektor prywatny, który nie może liczyć na takie wsparcie budżetowe jak jednostki prowadzone przez gminy.
W jednej dzielnicy Warszawy zlikwidują aż cztery placówki
Wydawać by się mogło, że duże aglomeracje, będące naturalnym celem migracji zarobkowej, poradzą sobie z kryzysem demograficznym znacznie lepiej niż mniejsze ośrodki. Rzeczywistość warszawska pokazuje jednak zupełnie inny obraz sytuacji. Rada Warszawy podjęła niedawno drastyczną decyzję o likwidacji siedmiu stołecznych przedszkoli: nr 30 „Zielona Łódeczka” przy ul. Rozbrat 10/14, nr 32 przy ul. Nowogrodzkiej 17, nr 34 przy ul. Emilii Plater 25, nr 36 „Odkrywcy Nowego Świata” przy ul. Nowy Świat 41A, nr 278. przy ul. Tatrzańskiej, nr 406, ul. Kaden-Bandrowskiego oraz przedszkole nr 142, ul. Jarosława Dąbrowskiego. To symboliczne zmiany, gdyż z mapy edukacyjnej znikają miejsca zlokalizowane w samym sercu miasta, w tym najstarsze przedszkole na Saskiej Kępie, które oficjalnie wstrzymało rekrutację dla nowych roczników.
Argumentacja urzędników jest prosta: centrum Warszawy się starzeje, a młode rodziny wybierają obrzeża miasta, co powoduje ogromną dysproporcję w zapotrzebowaniu na opiekę nad dziećmi. Zwolennicy takiej optymalizacji przekonują, że środki uwalniane z likwidowanych placówek w Śródmieściu powinny zostać przesunięte do dzielnic takich jak Białołęka czy Wawer, gdzie budownictwo deweloperskie wciąż przyciąga rodziców z małymi dziećmi.
Niemniej jednak, liczby po tegorocznej rekrutacji w stolicy są alarmujące - ponad dwa tysiące miejsc w warszawskich przedszkolach pozostało wolnych. Rodzice, dla których likwidacja "sąsiedzkiego” przedszkola jest logistycznym koszmarem, nie przyjmują tych argumentów do wiadomości. Przeniesienie dziecka do innej placówki to nie tylko zmiana adresu, ale przede wszystkim przerwanie więzi rówieśniczych i konieczność adaptacji w nowym, często znacznie bardziej zatłoczonym miejscu.
Rodzice idą na wojnę o przyszłość najmłodszych. Kierują pisma do prezydenta
Najbardziej dramatyczny przebieg przybierają protesty w mniejszych miejscowościach, gdzie przedszkole i szkoła stanowią fundament lokalnej tożsamości. W Gądkowie Wielkim planowana reorganizacja sieci oświatowej wywołała prawdziwą burzę, która wykroczyła daleko poza granice gminy.
Tamtejszy Zespół Edukacyjny, w skład którego wchodzi szkoła podstawowa oraz przedszkole, został wskazany do likwidacji ze względu na drastycznie małą liczbę podopiecznych - w przedszkolu przebywa obecnie zaledwie siedmioro dzieci, a w całej szkole uczy się nieco ponad trzydziestu uczniów. Dla samorządu to ogromne obciążenie finansowe, ale dla mieszkańców to wyrok skazujący ich miejscowość na powolne wymieranie.
Rodzice z Gądkowa Wielkiego zapowiadają walkę do samego końca, argumentując, że przedmiotowe traktowanie dzieci i przeliczanie ich na „kosztogodziny” jest niedopuszczalne. Ich determinacja sprawiła, że sprawa stała się głośna w całym kraju. Oficjalne protesty i apele o wstrzymanie likwidacji trafiły nie tylko do kuratorium oświaty i Ministerstwa Edukacji Narodowej, ale również na biurko prezydenta kraju.
Mieszkańcy podkreślają, że bez szkoły i przedszkola ich wieś straci szansę na przyciągnięcie nowych mieszkańców, co tylko pogłębi spiralę upadku demograficznego. Sytuacja w Gądkowie jest jaskrawym przykładem konfliktu między ekonomiczną racjonalnością samorządów a społeczną potrzebą bezpieczeństwa i edukacji dostępnej blisko domu. Jeśli fala likwidacji nie zostanie powstrzymana przez systemowe zmiany w finansowaniu oświaty, rok 2026 może przynieść jeszcze więcej pustych budynków po dawnych przedszkolach.