Netflix będzie miał konkurencję. Premiera w Polsce już 3 listopada
Rodzimy rynek wideo na żądanie staje przed kolejną próbą sił. Choć mogłoby się wydawać, że przestrzeń cyfrowej rozrywki została szczelnie podzielona przez globalnych gigantów, już niebawem zadebiutuje u nas zupełnie nowy gracz. Ta propozycja może wywołać spore poruszenie wśród najbardziej wymagających widzów.
Polski rynek platform subskrypcyjnych wchodzi w fazę wyraźnego nasycenia. Z danych europejskiego obserwatorium rynku audiowizualnego wynika, że przeciętne gospodarstwo domowe w Europie Środkowej opłaca dziś średnio od dwóch do trzech abonamentów wideo na żądanie.
Rosną wymagania wobec platform streamingowych
Widzowie coraz częściej zderzają się ze zjawiskiem tak zwanego zmęczenia decyzyjnego. Zamiast cieszyć się seansem, spędzają kilkadziesiąt minut na bezcelowym przewijaniu katalogów pełnych powtarzalnych, masowych produkcji.
Globalni liderzy branży stawiają przede wszystkim na bezduszne algorytmy rekomendacji. Te mechanizmy podsuwają nam treści oparte na statystycznych kalkulacjach, a nie na realnej wartości artystycznej.

Skutkiem tego jest postępująca unifikacja oferty, w której oryginalne dzieła giną pod naporem wysokobudżetowych przeciętniaków. Wielu odbiorców zaczyna głośno zadawać pytanie o to, czy technologia nie zabiła magii filmowej selekcji. Trudno oprzeć się wrażeniu, że masowa rozrywka zaczyna powoli nużyć świadomego kinomana.
Na tej fali rodzi się wyraźna przestrzeń dla mniejszych podmiotów, które zamiast walczyć na miliardowe budżety, wolą zaoferować unikalne doświadczenie i kuratorskie podejście do widza.
Nowy konkurent dla Netflixa i HBO Max
Właśnie w ten moment rynkowy celuje grecki operator, który oficjalnie rozpocznie działalność nad Wisłą już 3 listopada. Mowa o platformie Cinobo, działającej z powodzeniem na rodzimym rynku od 2020 roku.
Grecy nie zamierzają jednak kopiować rozwiązań amerykańskich potentatów. Ich model opiera się na budowaniu zaangażowanej społeczności oraz współpracy z tradycyjnymi instytucjami kultury. W ramach zapowiadanego programu subskrybenci zyskają darmowe bilety na wybrane seanse w kinach studyjnych.
To bezprecedensowy krok na polskim rynku, zacierający dotychczasową granicę między domowym seansem a wyjściem do kina. Użytkownicy otrzymują więc fizyczną korzyść w cenie abonamentu, co stanowi potężny atut w czasach zaciskania pasa przez konsumentów. Czy to wystarczy, by przekonać do siebie Polaków?
Strategia łączenia streamingu z salami kinowymi doskonale wpisuje się w najnowsze trendy rynkowe. Zamiast kanibalizować tradycyjną dystrybucję, serwis chce stać się jej naturalnym partnerem i wsparciem. Twórcy stawiają także na bezpośredni wkład odbiorców, którzy mogą współtworzyć katalog i zgłaszać brakujące dzieła, budując platformę razem z redakcją. Ile będzie kosztować subskrypcja nowej platformy?
Zobacz też: Przez groźną lukę wyłączono serwisy. Firmy też są zagrożone
Ile będzie kosztować dostęp do Cinobo?
Za sukcesem całego przedsięwzięcia w naszym kraju ma stać Marcin Pieńkowski, wieloletni dyrektor prestiżowego festiwalu Nowe Horyzonty, który objął stanowisko szefa projektu w Polsce. Taka nominacja jest jednoznacznym sygnałem, że serwis celuje w kino autorskie, festiwalowe i bezkompromisowe.
W dniu premiery polscy widzowie mają otrzymać dostęp do ponad tysiąca starannie wyselekcjonowanych filmów oraz seriali, których na próżno szukać w komercyjnych serwisach. Znamy już także dokładny cennik nadchodzącej usługi.
Miesięczny dostęp wyceniono na 29,99 zł, natomiast przy jednorazowej płatności za cały rok z góry rachunek wyniesie 287,88 zł, co w przeliczeniu daje 23,99 zł miesięcznie. Na start przygotowano siedmiodniowy okres próbny, a osoby pomagające w budowaniu oferty mogą liczyć na dodatkowy miesiąc darmowego dostępu.
Cinobo nie ma ambicji wyprzedzenia globalnych liderów pod względem liczby subskrybentów, lecz chce stworzyć bezpieczną przystań dla pasjonatów ambitnej sztuki filmowej. Wejście greckiego gracza to dowód na to, że polski rynek streamingowy wkracza w fazę segmentacji, w której wysoka jakość może okazać się silniejszą kartą przetargową niż miliardowe budżety promocyjne.