Miliardy dla najbogatszych. Ekspert grzmi: "Masowe rozdawnictwo pogłębiło problem!"
W polskiej debacie publicznej programy socjalne zyskały status „nienaruszalnych”, jednak coraz głośniej mówi się o ich destrukcyjnym wpływie na strukturę społeczną. O tym, jak powszechne rozdawnictwo paradoksalnie pogłębia przepaść między bogatymi a biednymi, w rozmowie dla portalu BiznesInfo.pl opowiedział Mateusz Michnik, ekspert Fundacji FOR.
- Transfery socjalne w Polsce trafiają szerokim strumieniem do osób zamożnych
- Powszechne świadczenie 800 plus nie wyrównuje startu życiowego dzieci
- Kluczową receptą na uzdrowienie finansów publicznych powinna być pilna weryfikacja dochodowa beneficjentów
Luksus, na który nas nie stać
Głównym zarzutem wysuwanym przez ekonomistów wobec obecnego kształtu polityki socjalnej jest całkowity brak kryterium dochodowego. W obecnym systemie przelew na 800 złotych w takiej samej wysokości trafia do rodziny żyjącej na skraju ubóstwa, jak i do menedżerów wyższego szczebla czy właścicieli świetnie prosperujących firm. W sytuacji, gdy Polska zmaga się z deficytem przekraczającym 6% PKB, takie rozwiązanie przestaje być polityką społeczną, a staje się kosztownym błędem alokacyjnym.
Ekonomia posługuje się w tym kontekście pojęciem „martwej wagi” – to strata społeczna wynikająca z tego, że środki publiczne są kierowane tam, gdzie nie wywołują żadnej pozytywnej zmiany zachowań ani nie ratują przed niedostatkiem. Dla osoby zarabiającej kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie, dodatkowe 800 złotych jest jedynie miłym dodatkiem do oszczędności lub budżetu na wakacje. Dla budżetu państwa to jednak miliardy, które mogłyby sfinansować nowoczesną onkologię lub infrastrukturę krytyczną.
– Konstatowaliśmy redukcję wydatków na 800 plus, ale nie chcemy odbierać najbiedniejszym, tylko właśnie najbogatszym, bo transfery są do osób bogatych – wyjaśnia bez ogródek Mateusz Michnik w wywiadzie dla BiznesInfo.pl.
Ekspert wskazuje, że wyeliminowanie z systemu osób o najwyższych dochodach pozwoliłoby na oszczędności idące w dziesiątki miliardów złotych, bez uszczerbku dla realnego bezpieczeństwa socjalnego kraju.
Jak 800 plus niszczy szkołę publiczną
Jednym z najbardziej zaskakujących i jednocześnie smutnych skutków ubocznych masowego rozdawnictwa jest sytuacja na rynku usług edukacyjnych. Wprowadzenie świadczenia 500 plus, a następnie jego waloryzacja do kwoty 800 złotych, zbiegło się w czasie z niespotykanym wcześniej boomem na rynku korepetycji i prywatnych szkół. Rodzice z klasy średniej i wyższej, dysponując „darmową” gotówką od państwa, natychmiast wpompowali ją w dodatkową edukację swoich dzieci, chcąc zapewnić im przewagę na rynku pracy.
Zjawisko to doprowadziło do sytuacji, w której publiczna szkoła przestaje pełnić swoją fundamentalną funkcję „wielkiego wyrównywacza”. Dzieci z najbogatszych domów uciekają do systemu prywatnego lub są obudowane armią korepetytorów, podczas gdy w najbiedniejszych rodzinach świadczenie 800 plus jest przeznaczane na bieżącą konsumpcję: jedzenie, opłaty czy zakup opału. W efekcie nożyce edukacyjne rozwierają się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej.
– 500 plus i 800 plus moim zdaniem mogły mogą mieć duży wpływ na nierówności edukacyjne – podkreśla Mateusz Michnik.
Publiczna placówka, zamiast być miejscem, gdzie zdolni uczniowie z różnych warstw społecznych mają równe szanse, staje się przechowalnią dla tych, których rodziców nie stać na „wykupienie się” z niewydolnego systemu. To groźna perspektywa dla przyszłości polskiego rynku pracy i spójności społecznej.
Czy bon edukacyjny uratuje system?
Skoro wiemy już, że obecny model pompowania gotówki do portfeli nie rozwiązuje problemów jakościowych usług publicznych, konieczna jest zmiana paradygmatu. Eksperci coraz częściej sugerują, że receptą nie jest walka z sektorem prywatnym czy korepetycjami, lecz umożliwienie korzystania z nich także uboższym warstwom społeczeństwa. Wzorem mogą być kraje takie jak Szwecja, które wprowadziły system bonów edukacyjnych.
W takim modelu „pieniądz idzie za uczniem”. Rodzic, niezależnie od stanu portfela, otrzymuje od państwa bon, który może zrealizować w wybranej przez siebie placówce – publicznej lub prywatnej. Wprowadza to zdrową konkurencję między szkołami, zmuszając je do podnoszenia standardów, a jednocześnie daje realną wolność wyboru osobom, które dziś są skazane na szkołę rejonową tylko dlatego, że mieszkają w uboższej dzielnicy.
– Problem jest taki, że z tych rozwiązań często są wykluczeni ci najbiedniejsi, którzy jednak 800 plus prędzej wydatkują – dodaje Mateusz Michnik.
Bez systemowej reformy, która zmieni rolę państwa z „płatnika gotówkowego” na „organizatora sprawiedliwego dostępu do usług”, Polska będzie dalej wydawać rekordowe sumy, uzyskując w zamian coraz większą frustrację społeczną i pogłębiające się podziały.
Dalsze utrzymywanie obecnego status quo jest nie tylko nieekonomiczne, ale przede wszystkim niesprawiedliwe społecznie. Pytanie nie brzmi „czy zabrać 800 plus”, ale „jak skierować te środki tam, gdzie faktycznie budują one kapitał ludzki i wspierają najsłabszych”, zamiast finansować luksusy tych, którzy pomocy państwa wcale nie potrzebują.
Źródło: BiznesInfo